czwartek, 17 września 2015

Kraków: CV

Jak dobrze wiecie - poszukuję od jakiegoś czasu pracy. Przeglądałam wiele stron, portali, wysyłałam dumnie brzmiące curriculum vitae do różnych firm. Do tych, które poszukiwały pracowników, jak i do tych, które po prostu wydały mi się fajne. Praktycznie od razu na moje piękne cv odpowiedziały dwie firmy. Pierwsza z nich (załóżmy, że ABC.) w rozmowie telefonicznej powiedziała, że są bardzo zainteresowani współpracą, a także dopytała się o moje cv. Podobno pani prezes widziała mnie jako menadżerkę zespołu marketingowego, i chciała żebym przyszła jak najszybciej - najlepiej jutro. Ponieważ większość ogłoszeń nie ma podanej nazwy firmy, dlatego dopiero w trakcie rozmowy mogłam czegokolwiek się o niej dowiedzieć. Pani z firmy ABC. przedstawiła się w tempie karabinu maszynowego, ale na jej nieszczęście udało mi się zapamiętać nazwę firmy - była nawet dość zbliżona do ABC. - w sensie trzy wielkie litery bez większego sensu na pierwszy rzut oka. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam po rozmowie to oczywiście.... zatelefonowałam do Mikiego, a drugą - wygooglowałam firmę w internecie.
I wtedy szczęka mi opadła. 


Okazało się, że firma jest wpisana na czarną listę pracodawców, oraz że zajmuje się głównie akwizycją. Rozumiem, że pojęcie "marketing" jest bardzo szerokie, ale to była jakaś farsa. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po tym odkryciu był oczywiście... telefon do Mikiego;) A następnie wysłanie firmie ABC. informacji, że jednak nie pojawię się na rozmowie kwalifikacyjnej. 

Druga firma - tu podam nazwę, bo totalnie mnie rozwaliła - Firma Reklamowo-Marketingowa zadzwoniła do mnie kolejnego dnia. Pani z HR nie raczyła podać mi nazwy firmy, ale dopytałam się o szczegóły i postąpiłam tak samo jak z firmą ABC. I bardzo dobrze, bo okazało się, że firma ta pracuje w bardzo podobny sposób jak ABC, czyli zajmuje się akwizycją połączoną z praniem mózgu. Wtedy oczywiście... zadzwoniłam do Mikiego, odmówiłam kolejnej firmie oraz zaczęłam zastanawiać się jak:


Ale musi być przecież happy end.. Wczoraj zadzwoniła do mnie firma, która obsługuje dość znane portale i zaprosiła na rozmowę. Nauczona doświadczeniem - sprawdziłam czy znajdują się na czarnej liście pracodawców i co piszą o nich na różnorakich forach, no i oczywiście - zadzwoniłam do Mikiego, żeby powiedzieć mu, że tym razem chyba wybiorę się na rozmowę kwalifikacyjną. Byłam mocno zestresowana, ale okazało się, że niepotrzebnie. To było bardzo miłe spotkanie, a ja zaczynam pracę od października! 

Kraków: Parapetówka - cz I.

Hej!
Musimy się Wam pochwalić - odwiedza nas coraz więcej gości! Mamy już za sobą kompletnie nieplanowany obiad dla dziewięciu osób, a także pierwszą odsłonę parapetówki - łódzką parapetówkę. Oczywiście, spodziewamy się jeszcze odwiedzin indywidualnych z tamtej strony (Kasia, Marika, Marta, Agata - czekamy na Was i Waszych mężczyzn;)), ale pierwsze większe parapetówkowe przeżycia mamy za sobą. I muszę przyznać, że były one bardzo miłe. Dziękujemy za prezenty! Jestem pewna, że będziemy z nich korzystać długo, a przede wszystkim ze wzruszeniem. Każde mycie naczyń czy toalety będzie wywoływać u nas falę pozytywnych emocji i wspomnień związanych z naszymi łódzkimi przyjaciółmi... To samo tyczy się barcelońskich kieliszków i masażera;) Pragnę również z tej strony podziękować za prezenty, których nie chcieliście nam ofiarować: 


Zguby do odebrania w Krakowie, o ile się ostaną;) Dziękujemy za spędzony wspólnie czas jak i za to, że daliście nam się wyspać... Jak dobrze wiecie, sen jest moim wielkim hobby i po prostu nie umiem wstawać o poranku. A i dla tych wszystkich niedowiarków - wczesnych ptaszków - załączam zdjęcie obiecanych naleśników. Może następnym razem uda nam się zsynchronizować śniadaniowe zegarki;) 


A na koniec - wspólne zdjęcie z kawałkiem smoka! Zapraszamy częściej:) Dzięki Wam mogłam się przez chwilę poczuć jak w Łodzi, a to znaczy dla mnie bardzo dużo. Jesteście wspaniali!





czwartek, 10 września 2015

Kraków: Historia pewnego stolika.

Dziś dumnie stoi u nas w salonie, jednak nie można zapomnieć o tym, co przeszedł w przeszłości... A raczej przejechał;) Szukając tanich mebli do mieszkania, wpadliśmy na pomysł stołu z palet. Nic odkrywczego - podejrzewam, że co drugi hipster taki posiada - nas jednak skusiła atrakcyjna cena i lokalizacja w Krakowie. Umówiliśmy się po jego odbiór w najbardziej upalny dzień lata i jak się później okazało - wcale nie aż tak blisko jak nam się wydawało. Na miejsce przekazania stołu jechaliśmy ok 40 minut z przesiadką... I to w samo południe. 
W drzwiach powitał nas szczęśliwy pies Grażka i równie radosny były właściciel mebla.

Szybko zrozumieliśmy, że nasze wyobrażenie dwóch palet o wymiarach 80 x 120 cm jest trochę rozbieżne z zastaną rzeczywistością. Szczerze, mieliśmy nadzieję, że wejdą one do taksówki, lecz z tego pomysłu trzeba było zrezygnować i wymyślić sposób przetransportowania stołu w alternatywny sposób. Początkowo plan był taki - Miki bierze jedną paletę, AJ drugą, a ja szybę (szyba robiona na wymiar - zastępuje blat). Ale moc moich mięśni okazała się za mała i plan spalił na panewce. Musieliśmy dostać się do autobusu, który był oddalony około 700 m od domu Grażki i jej właściciela. No i wtedy Miki wpadł na taki pomysł:



Stolik pojechał na własnych kółeczkach! Grzecznie dostosował się do obowiązujących przepisów drogowych, a ja zajęłam się ostrzeganiem przed nadjeżdżającymi samochodami. Chłopcy pomagali mu pokonywać krawężniki i progi zwalniające. Udało nam się dotrzeć i wejść z nim do autobusu, gdzie zajął całe miejsce dla wózków, a następnie przesiąść do tramwaju. 

Gdy znalazł się już w nowym domu, od razu trafił w samo centrum salonu;) Jednak było widać, że jest zmęczony. Potrzebował małej pomocy- trzeba było dokręcić kółeczka, bo te 700 m dało mu trochę w kość (deskę?), a poza tym musieliśmy pomalować dolną paletę. 


A teraz piękny, pomalowany, z przykręconymi kółeczkami stoi przede mną i uśmiecha się czystą szybką - dziś myłam!:D. Jego zdjęcia możecie zobaczyć w poprzednich postach (Poszukiwania i Domowy flow) - myślę, że to znak, że już się tu zadomowił. Tak jak my:)


czwartek, 3 września 2015

Danielka: Chałupa Chemików

Hmm... Miki ubiegł mnie rocznicowym postem, który już zaczęłam komponować w swojej głowie. Ale nie ma tego złego, ponieważ lepiej nie potrafiłabym tego wszystkiego opisać:) UWAGA PRYWATA: dziękuję Miki!:* 


Spróbuję jednak przybliżyć Wam to magiczne miejsce jakim jest Danielka. Może kiedyś, ktoś z Was powędruje w tamte strony, a wtedy informacja o Chałupie Chemików na pewno się przyda. To górskie schronisko znajduje się w Dolinie Danielki, która w Beskidach jest jedną z najbardziej różnorodnych pod względem przyrodniczym, ale najbardziej jednorodna pod względem ludzi - wspaniałych ludzi. Chałupę prowadzi od 1992 roku Stowarzyszenie "Chałupa Chemików" (wcześniej należała do Politechniki Śląskiej) i trzeba przyznać, że są w tym świetni. W odnowionym schronisku może zmieścić się ponad 40 osób, zatem należy zabierać licznych znajomych i przyjaciół;) Jest także bieżąca woda, prąd i kuchnia z wyposażeniem do dyspozycji, a także toalety, które nie odstraszają! Po prostu żyć, nie umierać. Świetna atmosfera tego miejsca najprawdopodobniej wynika z faktu, że prowadzi je grupka znajomych i ich dzieci, przez co można się tam poczuć jak w prawdziwym domu. 



Najważniejsze dla mnie jest jednak to (jak już dobrze wiecie), że właśnie tam zaczął się nasz związek. Rok minął tak szybko, że aż trudno w to uwierzyć, ale jeżeli tak mają wyglądać następne to proszę o więcej i więcej..;) 



PS: Tutaj link do oficjalnej strony Chałupy Chemików: www.danielka.com.pl

środa, 2 września 2015

Danielka: Rok za rokiem, uśmiech za uśmiechem

Cześć!

Powiem Wam, że bycie z kimś codziennie i w każdej sytuacji, może działać dwojako. Z jednej strony osłabia koncentrację, bo zawsze masz obok siebie kogoś kto jest po Twojej stronie, ale zarazem daje Ci motywacje, by tej wyjątkowej osobie nigdy nie sprawić zawodu. Dla mnie możliwość przeżywania wspólnie razem życia złożonego z chwil, jest drogą i celem samym w sobie. Jest jedną z podstaw mojego życiowego Flow. Myślę, że od dawna o tym wiedziałem, ale dopiero teraz stało się to nieodłączną częścią mojego życia. Ach no tak, Naszego Życia. 

Spędziliśmy weekend poza Krakowem, pojechaliśmy do Danielki w Beskidach. Piękne miejsce pełne pięknych ludzi i pięknych chwil. Miejsce, w którym dokładnie rok temu wszystko to co nas łączy zaczęło kwitnąć, by dać plon wspaniałej relacji. Trudno opisać co za magia tkwi w nieskończonych lasach, zimnej rzece czy trzaskających płomieniach ogniska, ale na nas zadziałała zarówno kojąco jak i dała napęd na kolejny cudowny rok pełen wspólnej radości. Mam nadzieję, że już za dwanaście miesięcy znów tam się zobaczymy, by spoglądać w Danielkowe gwiazdy z nadzieją. 

A na dole parę zdjęć z naszej rocznicowej wycieczki;]