poniedziałek, 21 grudnia 2015

Podróże małe i duże

Hej, hej,

zaczęliśmy wielki maraton podróżowania. Niestety, nie są to wakacje na Sardynii, a przedświąteczny, świąteczny i poświąteczny czas przemieszczania się tam i  z powrotem. W ten weekend byliśmy w Katowicach, żeby udać się na spotkanie Śląskich Fanów Gwiezdnych wojen, odwiedzić znajomego, a także zobaczyć się z pewnym młodym kawalerem i jego rodzicami. Co do Gwiezdnych Wojen to pewnie Miki niebawem stworzy pean chwalebny na ich cześć;) Ja natomiast chciałabym pokazać Wam pewien smaczek z lat osiemdziesiątych, który znalazłam pisząc pracę magisterską. Oto fragment artykułu o kondycji ówczesnego teatru dla dzieci:


W tym roku pewnie gumowe repliki bohaterów Gwiezdnych wojen też się pojawiły, ale pojawiło się coś jeszcze: BB-8 I chociaż nie jestem wielką fanką Star Wars to muszę przyznać, że ta mała kulka skradła mi serce. A jeszcze jedno - uważam, że BB-8 to dziewczynka, chociaż Miki ma  co do tego pewne wątpliwości... Poza tym nie będę Wam zdradzać fabuły, lecz tylko dodam, że bardzo spodobała nam się muzyka z filmu, a szczególnie ten utwór:


Ale wracając do podróżowania to teraz czekają nas praktycznie codzienne świąteczne przejazdy na trasie Dąbrowa Górnicza-Łódź, Łódź-Dąbrowa Górnicza, aż wreszcie Dąbrowa Górnicza-Kraków, a potem pewnie kierunek Bratysława, więc o błogim leniuchowaniu na kanapie mowy raczej  nie ma;)

Ściskam mocno i mam nadzieję, że do zobaczenia niebawem - gdzieś w świecie;) 




środa, 9 grudnia 2015

Łódź: Upragniony koniec edukacji

Cześć:) 

Śpieszę do Was z radosną nowiną - druga magisterka już (na całe szczęście) za mną! Trzeciej nie planuję, więc oficjalnie zakończyłam swoją uczelnianą edukację;) Przede mną jeszcze tylko całe życie nauki... ale mam nadzieję, że już trochę innego rodzaju.




Dzięki za wsparcie i miłe słowa! To było dla mnie bardzo ważne. Przede wszystkim dziękuję jednak Mikiemu za cierpliwość do mnie, bo musiał się nią wykazać, kiedy byłam w ferworze tworzenia... :*

piątek, 20 listopada 2015

Kraków: jesienny spacer


Cześć, 
od jakiegoś czasu nie robię nic innego tylko męczę moją pracę magisterską. Serio: śpię, jem i piszę - tak wyglądają moje dni. Do pracy nie chodzę, bo mam L4, ale ostatnio był taki piękny dzień, że nie mogłam wysiedzieć za biurkiem i pomimo wszystko postanowiliśmy pójść na spacer. Miki nie chodzi na spacery, więc to olbrzymi sukces!:D Ale wracając - odkryliśmy, że niedaleko od naszego domu są naprawdę świetne miejsca do zobaczenia: ruina zamkowej baszty (chyba) i Kopiec Krakusa. Do baszty oczywiście musieliśmy wejść, bo zżerała nas ciekawość co jest w środku i jak wygląda widok z góry... A na Kopiec Krakusa (ochrzczony przeze mnie Kopcem Kreta, bo było mnóstwo wystających z ziemi właśnie krecich kopców) po prostu musieliśmy wejść, bo panorama była przepiękna!

Tutaj fotorelacja z baszty:



 Tutaj chillout Mikiego:


A tutaj graffiti, które znaleźliśmy w środku: 



O, a tu widać już Kopiec Krakusa:

Poniżej mini widoczek na panoramę miasta:


No i oczywiście my! Pozdrawiamy jesiennie:D







PS: Miki możemy chodzić tam częściej...





czwartek, 12 listopada 2015

Kraków: wybory

Cześć,
nie wiem czy mieliście okazję zobaczyć nasze okołowyborcze znalezisko, dlatego postanowiłam w pierwszym dniu urzędowania nowego sejmu podzielić się nim z tymi, którzy jeszcze nie widzieli fotorelacji. Instalacja wyborcza zachwyciła nas prostotą, głębią przekazu i jakże trafnym opisem. Mieliśmy to niebywałe szczęście, że miejsce wystawiennicze było bardzo blisko naszego mieszkania, dlatego mogliśmy podziwiać je kilkukrotnie;)

Wszystkich zwolenników partii rządzącej najmocniej przepraszam, niemniej niezwykle mnie to bawi!;)





niedziela, 1 listopada 2015

Pinokio

Hej,
jak pewnie wszyscy wiecie - męczę moją pracę magisterską. Męczę, męczę i zmęczyć nie mogę, ale chyba tak to już jest z drugimi pracami, że brak motywacji jest o wiele większy niż przy pierwszej... Ale dzielnie siedzę i skrobię literka po literce, słowo po słowie, zdanie po zdaniu...;) Piszę o pewnym teatrze lalkowym w Łodzi - analizuję jego repertuar dla dzieci i dla dorosłych oraz patrzę na aspekt poza repertuarowych działań edukacyjnych na przestrzeni lat jego działalności. 

Jedną z ciekawszych rzeczy, jakie znalazłam podczas zbierania materiałów była recenzja lakowego spektaklu dla dzieci z 1987 roku - zresztą przeczytajcie sami:

"[autor spektaklu] mówi nam o trudno spełnialnych marzeniach człowieka, o zalewie informacji, trudności porozumiewania się, zagrożeniu środowiska naturalnego, potworności wojny, narastającej spirali zbrojeń, słowem o wszystkich niemal ważnych i dramatycznych sprawach naszego czasu." 
(J. Panasewicz, Sen klowna, „Odgłosy” 1978, nr 8.)

Komentarz wydaje się być zbędny. Czy naprawdę nic się nie zmienia, a kolejne pokolenia mierzą się z tymi samymi problemami? Ot, taka refleksja w przerwie między pisaniem a.. pisaniem. 
Trzymajcie kciuki - za tydzień widzę się z panią promotor;)

środa, 21 października 2015

Kraków: Szable, zmiotki i miecze świetlne


Cześć!

Tyle się działo przez ostatni miesiąc, że nie wiem od czego zacząć. Dzięki uprzejmości moich pracodawców spędziłem ostatnie 3 tygodnie głównie na pracy z domu. Co byłoby ogólnie dobrą wiadomością, gdyby nie to, że pracowałem głównie 6-18, a Małgosia już zaczęła pracę, więc czas spędziłem na czekaniu i sprzątaniu. Oczywiście, miało to masę pozytywnych aspektów jak brak obowiązku wychodzenia z domu gdy jest zimno i ponuro. A jak jeszcze może nie wiecie nie znoszę zimna, deszczu i pochmurnego nieba. W szczególności tutaj-nieba.:) Na szczęście mieszkając w Krakowie mamy dużo możliwości na ciekawe niebezcelowe marznięcie i moknięcie. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy mięliśmy okazje odwiedzić teatr i to dwa razy! 

Za pierwszym razem poszliśmy na "Pawia Królowej" na podstawie powieści Doroty Masłowskiej. Był to spektakl pełen humoru, ciekawych monologów, ale to co urzekło mnie najbardziej do nucenie poniższej piosenki. Cała konwencja jest bardzo ciekawa, gdyż scena jest zamieniona w boisko do squasha, na którym bohaterowie niemalże odbijają słownie piłeczkę od ścian zastanej rzeczywistości. 



Kolejną sztuką, na której byliśmy, była "Trylogia" Sienkiewicza w reżyserii Jana Klaty. Tak samo jak w "Pawiu ..." konwencja była dość szalona, gdyż wszyscy bohaterowie znajdują się w szpitalu, a scenografie budują na bieżąco wykorzystując łóżka szpitalne. Aktorzy wcielali się w różnorodne postaci nie zawsze zostając przy jednej, co jeszcze bardziej uatrakcyjniło spektakl. Gorąco polecam oba wszystkim, którzy nie mieli okazji ich zobaczyć:) 

Schody pełne mądrości:)

Z teatralnych ciekawostek, nasza koleżanka Karolinka, dostała się na 1 rok studiów aktorskich i mieliśmy okazję zobaczyć jej spektakl na podsumowanie "Fuksówki" (dla tych co nie wiedzą, ja np. nie wiedziałem, to taki niekonwencjonalny sposób na kocenie aktorów:) Była to bardzo zabawna zbieranina skeczy, etiud i innych mniej lub bardziej znanych elementów rzemiosła aktorskiego:) 

In da Łódź!



Na samiuteńki koniec zostawiłem rzecz najważniejszą!:) Już dziś wyszedł trailer nowych Gwiezdnych Wojen (poniżej;), a wczoraj udało nam się zamknąć trylogię prequeli! Małgosiu jestem z Ciebie bardzo bardzo dumny, a jako dobra wiadomość zostały nam 58 dni na zobaczenie oryginalnej trylogii:)




Do napisania moi mili!!!
Miki

sobota, 10 października 2015

Kraków: droga ewakuacyjna

Hej,
Praca, szkolenia, próby pisania pracy magisterskiej to wszystko powoduje, że życie w Krakowie znacznie przyśpieszyło. Wstawanie do biura na 8.00 często graniczy z cudem, ale jeszcze się nie spóźniłam! Z czego jestem bardzo dumna:D 

Pierwszego dnia nowa koleżanka oprowadziła mnie po biurze, które zajmuje sześć pięter w wielkim szklanym budynku. Mamy trzy windy i identyfikatory, bez których praktycznie nie da się przejść kilku metrów. Pokazała także tajne przejście - ukryte schody. Patent o tyle fajny, że po 8 godzinach przy biurku można trochę rozprostować kości. I tak też postanowiłam zrobić przechodząc z recepcji na swoje piętro. Rozmawiałam wtedy z Mikim przez telefon i pomyślałam, że idąc schodami zyskam kilka dodatkowych sekund na rozmowę, więc otworzyłam pierwsze lepsze drzwi koło windy i ruszyłam po schodach. Bardzo szybko zorientowałam się, że to chyba nie to magiczne, tajemne przejście pokazane przez koleżankę, ponieważ po zatrzaśnięciu się drzwi nie dało się ich otworzyć i - o zgrozo - nie było tam okien, czytników na karty i zaczęłam gubić zasięg. W lekkiej panice mój mózg przeanalizował wszystkie alternatywy. Zeszłam na sam dół, ale drzwi były zamknięte. Przebiegłam się po piętrach, żeby sprawdzić czy może przypadkiem gdzieś ktoś zostawił je otwarte. A tu nic pusto, półmrok, żadnych ludzi, no i ten zasięg ledwo, ledwo działający. Postanowiłam, że spróbuję pobrać aplikację Skype i napisać przez nią do koleżanki z biura, bo to był jedyny kontakt jaki miałam. Na wymianę numerów telefonów nie miałam jeszcze czasu... No dobra, miałam numer do przełożonej, która była na zebraniu w tym momencie, ale jakoś nie za bardzo chciałam z niego korzystać. Udało się - aplikacja pobrana, wiadomość wysłana, ale nawet nie mogłam jej powiedzieć, na którym jestem piętrze, bo nie było żadnego oznakowania, a ja zgubiłam rachubę biegając w tę i z powrotem... Koleżanka pobiegła do recepcji i cóż się okazało? Że te drzwi na dole, przy których byłam na samym początku są otwarte, ale ciężkie i po prostu trzeba je o wiele mocniej pchnąć... Tak też uwolniłam się z zakamarków drogi ewakuacyjnej. I od razu wzięłam numer do kilku osób z pracy, żeby nie panikować następnym razem;) 


Ale to nie koniec. Firma wysłała mnie na trzydniowe szkolenie do Warszawy. Zapewniali hotel i przejazd, więc miałam okazję pierwszy raz jechać Pendolino. Generalnie 2,5 godziny z Krakowa do Warszawy uważam za dobry wynik, ale poza tym nie zrobiło na mnie jakiegoś kolosalnego wrażenia. Szkolenie było intensywne i do hotelu wracaliśmy naprawdę zmęczeni. Pierwszej nocy odsypiałam pobudkę przed piątą, bo chwilę po szóstej miałam pociąg. Natomiast drugiej nocy także chwilę przed piątą obudził mnie alarm: "Uwaga, w hotelu wykryto zagrożenie, proszę o natychmiastowe opuszczenie budynku najbliższymi schodami ewakuacyjnymi. Windy zostały zablokowane". Miałam już przecież przeszkolenie kilka dni wcześniej ze schodami w Krakowie, więc ze znalezieniem ich nie miałam problemu;P Wyskoczyłam w piżamie, narzucając na siebie tylko płaszcz. Wyjście z hotelu zajęło mi naprawdę tylko chwilę. Na dziedzińcu gromadziło się już trochę gości hotelowych, a kolejni prężnie wychodzili z budynku. Zdziwiło mnie to, że większość z nich zdążyła się przebrać... I co? I nic. Czekamy. Nikt z obsługi hotelowej do nas nie przyszedł, a pan ochroniarz, którego znalazłam powiedział, że on nic nie wie, bo to "tak jakby nie leży w jego zakresie obowiązków". Finalnie okazało się, że alarm był fałszywy, a my mamy spokojnie wrócić do łóżek. Rączki i w ogóle wszystko opadło mi po tej informacji, bo nie ukrywam, cała sytuacja trochę podniosła ciśnienie. To był pierwszy raz, kiedy nie uczestniczyłam w rutynowych ćwiczeniach ewakuacyjnych jak w szkole, ale wydawało się, że mam do czynienia z realnym zagrożeniem. Zresztą emocje u wszystkich wzięły górę i mało kto zasnął dalej tej nocy. 


Ale żeby nie kończyć w pochmurnym nastroju powiem Wam, że na powrót do domu cieszyłam się tak bardzo jak te panie na dole... No dobra, bardziej:D






czwartek, 17 września 2015

Kraków: CV

Jak dobrze wiecie - poszukuję od jakiegoś czasu pracy. Przeglądałam wiele stron, portali, wysyłałam dumnie brzmiące curriculum vitae do różnych firm. Do tych, które poszukiwały pracowników, jak i do tych, które po prostu wydały mi się fajne. Praktycznie od razu na moje piękne cv odpowiedziały dwie firmy. Pierwsza z nich (załóżmy, że ABC.) w rozmowie telefonicznej powiedziała, że są bardzo zainteresowani współpracą, a także dopytała się o moje cv. Podobno pani prezes widziała mnie jako menadżerkę zespołu marketingowego, i chciała żebym przyszła jak najszybciej - najlepiej jutro. Ponieważ większość ogłoszeń nie ma podanej nazwy firmy, dlatego dopiero w trakcie rozmowy mogłam czegokolwiek się o niej dowiedzieć. Pani z firmy ABC. przedstawiła się w tempie karabinu maszynowego, ale na jej nieszczęście udało mi się zapamiętać nazwę firmy - była nawet dość zbliżona do ABC. - w sensie trzy wielkie litery bez większego sensu na pierwszy rzut oka. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam po rozmowie to oczywiście.... zatelefonowałam do Mikiego, a drugą - wygooglowałam firmę w internecie.
I wtedy szczęka mi opadła. 


Okazało się, że firma jest wpisana na czarną listę pracodawców, oraz że zajmuje się głównie akwizycją. Rozumiem, że pojęcie "marketing" jest bardzo szerokie, ale to była jakaś farsa. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po tym odkryciu był oczywiście... telefon do Mikiego;) A następnie wysłanie firmie ABC. informacji, że jednak nie pojawię się na rozmowie kwalifikacyjnej. 

Druga firma - tu podam nazwę, bo totalnie mnie rozwaliła - Firma Reklamowo-Marketingowa zadzwoniła do mnie kolejnego dnia. Pani z HR nie raczyła podać mi nazwy firmy, ale dopytałam się o szczegóły i postąpiłam tak samo jak z firmą ABC. I bardzo dobrze, bo okazało się, że firma ta pracuje w bardzo podobny sposób jak ABC, czyli zajmuje się akwizycją połączoną z praniem mózgu. Wtedy oczywiście... zadzwoniłam do Mikiego, odmówiłam kolejnej firmie oraz zaczęłam zastanawiać się jak:


Ale musi być przecież happy end.. Wczoraj zadzwoniła do mnie firma, która obsługuje dość znane portale i zaprosiła na rozmowę. Nauczona doświadczeniem - sprawdziłam czy znajdują się na czarnej liście pracodawców i co piszą o nich na różnorakich forach, no i oczywiście - zadzwoniłam do Mikiego, żeby powiedzieć mu, że tym razem chyba wybiorę się na rozmowę kwalifikacyjną. Byłam mocno zestresowana, ale okazało się, że niepotrzebnie. To było bardzo miłe spotkanie, a ja zaczynam pracę od października! 

Kraków: Parapetówka - cz I.

Hej!
Musimy się Wam pochwalić - odwiedza nas coraz więcej gości! Mamy już za sobą kompletnie nieplanowany obiad dla dziewięciu osób, a także pierwszą odsłonę parapetówki - łódzką parapetówkę. Oczywiście, spodziewamy się jeszcze odwiedzin indywidualnych z tamtej strony (Kasia, Marika, Marta, Agata - czekamy na Was i Waszych mężczyzn;)), ale pierwsze większe parapetówkowe przeżycia mamy za sobą. I muszę przyznać, że były one bardzo miłe. Dziękujemy za prezenty! Jestem pewna, że będziemy z nich korzystać długo, a przede wszystkim ze wzruszeniem. Każde mycie naczyń czy toalety będzie wywoływać u nas falę pozytywnych emocji i wspomnień związanych z naszymi łódzkimi przyjaciółmi... To samo tyczy się barcelońskich kieliszków i masażera;) Pragnę również z tej strony podziękować za prezenty, których nie chcieliście nam ofiarować: 


Zguby do odebrania w Krakowie, o ile się ostaną;) Dziękujemy za spędzony wspólnie czas jak i za to, że daliście nam się wyspać... Jak dobrze wiecie, sen jest moim wielkim hobby i po prostu nie umiem wstawać o poranku. A i dla tych wszystkich niedowiarków - wczesnych ptaszków - załączam zdjęcie obiecanych naleśników. Może następnym razem uda nam się zsynchronizować śniadaniowe zegarki;) 


A na koniec - wspólne zdjęcie z kawałkiem smoka! Zapraszamy częściej:) Dzięki Wam mogłam się przez chwilę poczuć jak w Łodzi, a to znaczy dla mnie bardzo dużo. Jesteście wspaniali!





czwartek, 10 września 2015

Kraków: Historia pewnego stolika.

Dziś dumnie stoi u nas w salonie, jednak nie można zapomnieć o tym, co przeszedł w przeszłości... A raczej przejechał;) Szukając tanich mebli do mieszkania, wpadliśmy na pomysł stołu z palet. Nic odkrywczego - podejrzewam, że co drugi hipster taki posiada - nas jednak skusiła atrakcyjna cena i lokalizacja w Krakowie. Umówiliśmy się po jego odbiór w najbardziej upalny dzień lata i jak się później okazało - wcale nie aż tak blisko jak nam się wydawało. Na miejsce przekazania stołu jechaliśmy ok 40 minut z przesiadką... I to w samo południe. 
W drzwiach powitał nas szczęśliwy pies Grażka i równie radosny były właściciel mebla.

Szybko zrozumieliśmy, że nasze wyobrażenie dwóch palet o wymiarach 80 x 120 cm jest trochę rozbieżne z zastaną rzeczywistością. Szczerze, mieliśmy nadzieję, że wejdą one do taksówki, lecz z tego pomysłu trzeba było zrezygnować i wymyślić sposób przetransportowania stołu w alternatywny sposób. Początkowo plan był taki - Miki bierze jedną paletę, AJ drugą, a ja szybę (szyba robiona na wymiar - zastępuje blat). Ale moc moich mięśni okazała się za mała i plan spalił na panewce. Musieliśmy dostać się do autobusu, który był oddalony około 700 m od domu Grażki i jej właściciela. No i wtedy Miki wpadł na taki pomysł:



Stolik pojechał na własnych kółeczkach! Grzecznie dostosował się do obowiązujących przepisów drogowych, a ja zajęłam się ostrzeganiem przed nadjeżdżającymi samochodami. Chłopcy pomagali mu pokonywać krawężniki i progi zwalniające. Udało nam się dotrzeć i wejść z nim do autobusu, gdzie zajął całe miejsce dla wózków, a następnie przesiąść do tramwaju. 

Gdy znalazł się już w nowym domu, od razu trafił w samo centrum salonu;) Jednak było widać, że jest zmęczony. Potrzebował małej pomocy- trzeba było dokręcić kółeczka, bo te 700 m dało mu trochę w kość (deskę?), a poza tym musieliśmy pomalować dolną paletę. 


A teraz piękny, pomalowany, z przykręconymi kółeczkami stoi przede mną i uśmiecha się czystą szybką - dziś myłam!:D. Jego zdjęcia możecie zobaczyć w poprzednich postach (Poszukiwania i Domowy flow) - myślę, że to znak, że już się tu zadomowił. Tak jak my:)


czwartek, 3 września 2015

Danielka: Chałupa Chemików

Hmm... Miki ubiegł mnie rocznicowym postem, który już zaczęłam komponować w swojej głowie. Ale nie ma tego złego, ponieważ lepiej nie potrafiłabym tego wszystkiego opisać:) UWAGA PRYWATA: dziękuję Miki!:* 


Spróbuję jednak przybliżyć Wam to magiczne miejsce jakim jest Danielka. Może kiedyś, ktoś z Was powędruje w tamte strony, a wtedy informacja o Chałupie Chemików na pewno się przyda. To górskie schronisko znajduje się w Dolinie Danielki, która w Beskidach jest jedną z najbardziej różnorodnych pod względem przyrodniczym, ale najbardziej jednorodna pod względem ludzi - wspaniałych ludzi. Chałupę prowadzi od 1992 roku Stowarzyszenie "Chałupa Chemików" (wcześniej należała do Politechniki Śląskiej) i trzeba przyznać, że są w tym świetni. W odnowionym schronisku może zmieścić się ponad 40 osób, zatem należy zabierać licznych znajomych i przyjaciół;) Jest także bieżąca woda, prąd i kuchnia z wyposażeniem do dyspozycji, a także toalety, które nie odstraszają! Po prostu żyć, nie umierać. Świetna atmosfera tego miejsca najprawdopodobniej wynika z faktu, że prowadzi je grupka znajomych i ich dzieci, przez co można się tam poczuć jak w prawdziwym domu. 



Najważniejsze dla mnie jest jednak to (jak już dobrze wiecie), że właśnie tam zaczął się nasz związek. Rok minął tak szybko, że aż trudno w to uwierzyć, ale jeżeli tak mają wyglądać następne to proszę o więcej i więcej..;) 



PS: Tutaj link do oficjalnej strony Chałupy Chemików: www.danielka.com.pl

środa, 2 września 2015

Danielka: Rok za rokiem, uśmiech za uśmiechem

Cześć!

Powiem Wam, że bycie z kimś codziennie i w każdej sytuacji, może działać dwojako. Z jednej strony osłabia koncentrację, bo zawsze masz obok siebie kogoś kto jest po Twojej stronie, ale zarazem daje Ci motywacje, by tej wyjątkowej osobie nigdy nie sprawić zawodu. Dla mnie możliwość przeżywania wspólnie razem życia złożonego z chwil, jest drogą i celem samym w sobie. Jest jedną z podstaw mojego życiowego Flow. Myślę, że od dawna o tym wiedziałem, ale dopiero teraz stało się to nieodłączną częścią mojego życia. Ach no tak, Naszego Życia. 

Spędziliśmy weekend poza Krakowem, pojechaliśmy do Danielki w Beskidach. Piękne miejsce pełne pięknych ludzi i pięknych chwil. Miejsce, w którym dokładnie rok temu wszystko to co nas łączy zaczęło kwitnąć, by dać plon wspaniałej relacji. Trudno opisać co za magia tkwi w nieskończonych lasach, zimnej rzece czy trzaskających płomieniach ogniska, ale na nas zadziałała zarówno kojąco jak i dała napęd na kolejny cudowny rok pełen wspólnej radości. Mam nadzieję, że już za dwanaście miesięcy znów tam się zobaczymy, by spoglądać w Danielkowe gwiazdy z nadzieją. 

A na dole parę zdjęć z naszej rocznicowej wycieczki;] 





piątek, 28 sierpnia 2015

Kraków. Rozdział I: Domowy flow

Musiałem się trochę zebrać w sobie, by podzielić się z wami moimi przemyśleniami:) 

Mieszkanie z Kimś to całkiem inna bajka, niż to co przeżyłem dotychczas. Jest to takie niesamowite zjawisko, które samym swoim istnieniem nakłania cię do bycia odrobinę lepszym. Nie wiem czy to nie jest zbyt iluzoryczne i spontanicznie początkowe, ale mam nadzieje że będzie trwało dalej. Z M. mieszka mi się fantastycznie, prawdę powiedziawszy mam lepiej niż mogłem sobie sam wyśnić:) Wspólne gotowanie, kąpanie i przede wszystkim budzenie się rano, za każdym razem powoduje, że chodzę z uśmiechem na twarzy. Długo na to czekałem i chyba nie zamierzam stracić ani chwili z tego wspaniałego czasu zmian:] 


Wczoraj wydarzyły się dwie rzeczy godne odnotowania:) Pierwsza trochę bardziej oficjalna. Wczoraj pobiliśmy rekord liczby gości w naszym mieszkaniu mianowicie było ich czworo;] Nie było skarg na hałas czy palenie balkonowe, a to całkiem niezły prognostyk:)

Drugie wydarzenie o którym chciałem napomknąć to super zachowanie naszej nowej pizzerii pod domem:) Wczoraj najpierw wzięliśmy Margherite, a kierownik wspaniałomyślnie nie kazał nam za nią zapłacić w ramach 1 gratis dla sąsiadów:) Ale to jeszcze nie koniec, zamówiliśmy dwie kolejne pizze tym razem już z serią dodatków a one..... tez były za darmo:) 

 Dziękujemy Pizzza1 za dobre początki (miejmy nadzieje) owocnego sąsiedztwa:)




czwartek, 27 sierpnia 2015

Kraków. Rozdział I: Poszukiwania

Nie da się ukryć - mieszkań w Krakowie jest dużo. Jednak nasze oczekiwania wielokrotnie okazały się dużo większe niż to, co rynek mieszkań mógł nam zaproponować. Dobre kilka (myślę, że spokojnie 8-9) tygodni oglądaliśmy oferty w internecie i tylko nieliczne powodowały szybsze bicie serca w stylu: "może to właśnie to?".

Co nas interesowało? Mieszkanie dwupokojowe z balkonem w dobrej lokalizacji i za rozsądną cenę. A no i bez pośrednictwa agencji, ponieważ wtedy cena znacząco wzrasta. Jak to zwykle bywa mieszkania spełniały zazwyczaj prawie wszystkie wytyczne, jednak prawie robi jednak różnicę... Jak było duże, dwupokojowe, z pięknym balkonem, w dobrej cenie to gdzieś na końcu świata. Jak było blisko centrum to bez balkonu. Jak miało balkon to cena była kosmiczna. I tak w kółko. Nie wspomnę o mieszkaniach, które wyglądały jak zmory, gdzie wisiały dywany na ścianach, a paprotki zajmowały całą przestrzeń życiową.

Wyselekcjonowane mieszkania staraliśmy się zobaczyć na własne oczy. Kilka razy zdarzyło się, że oferty znikały w błyskawicznym tempie - oglądaliśmy, wychodziliśmy i godzinę później sms, że jest nieaktualne. Często okazywało się również, że cena mieszkania "nieco" się różni od podanej w ogłoszeniu lub są totalnie inne (czyt. gorsze) meble niż na zdjęciach (w jednym oferowali nam zostawienie 4 łóżek).

Nasza tułaczka od mieszkania do mieszkania zakończyła się nieopodal placu Bohaterów Getta, gdzie decyzję podjęliśmy od ręki. Miki był pewny, a mnie jego pewność tylko ugruntowała w przekonaniu, że to będzie właśnie to, czego szukamy.

Poniżej przedstawiam zdjęcia naszych zaskoczeń z Rozdziału I - Strona 1:
totalny brak szuflad, nowoczesny design kafelków oraz jakiś taki dziki amarant.


                 


środa, 26 sierpnia 2015

Kraków. Rozdział I. Strona I.



Przeprowadzkę z Łodzi do innego miasta planowałam od kilku miesięcy, jednak jej nadejście przyjęłam z lekkim zaskoczeniem. Plany to plany - snuć je można w nieskończoność, natomiast rzeczywistość to już zupełnie inna bajka. Moja (a raczej nasza) bajka w Krakowie dopiero się rozpoczyna...

Wynajęte mieszkanie niedaleko Kazimierza urządziliśmy już po swojemu. Jednak zaskoczeniem okazał się totalny brak szuflad w kuchni, kolor ścian w salonie (różowo-morelowy) oraz płyty paździerzowe zamiast kafelków w łazience, ale cóż nie można mieć wszystkiego.;) Wydaje mi się, że i tak trafiliśmy dobrze, bo jest odremontowane, przytulne, ma balkon i dużą wannę! A ja czuję się tu bezpiecznie, co chyba dobrze świadczy o nowym miejscu. Mam już za sobą pierwsze spacery po najbliższej okolicy, pierwsze spalone ciasto, no i pierwsze wysłane cv.